Czarna wdowa

Sztywny Sztywny

19 czerwca 2019

Fantastyka

1 godz 4 min

Moje pierwsze tutaj wrzucone opowiadanie. Mam nadzieję, że się spodoba.

Andrzej rozejrzał się po zadymionym pomieszczeniu śmierdzącym papierosami i tanią kawą. Znad sterty papierzysk dostrzegł kilku kolegów, drzemiących lub pochłoniętych Internetem. Westchnął ciężko, nie znajdując sposobu na poprawę swojej sytuacji. Gapił się na kawałek papieru, informujący go bezdusznie, że jego prośba o przeniesienie do wydziału kryminalnego została odrzucona. Zacisnął pięści z bezsilności, po czym wyszarpał szufladę, burząc wewnątrz delikatną harmonię. Wtedy zobaczył coś, o czym kompletnie zapomniał.

Podniósł przedmiot pod światło biurowej lampki, rzucającej słaby blask. Zaśniedziałe puzderko nosiło wyraźne ślady użytkowania. Nie próbował zgadywać, co kiedyś na nim pisało. Dolna część wnętrza była pusta, jednak nawet jeśli miseczkę ozdabiałyby kamienie szlachetne, jej wartość byłaby nikła w porównaniu do lusterka w górnej klapie. Przynajmniej według słów babci.

Przypomniał sobie uśmiechniętą staruszkę z burzą loków. Kiedy inni odradzali mu pracę w policji, ona stała za nim murem, konsekwentnie popierając ukochanego wnuka. Ale nawet teraz, po pięciu latach od jej śmierci, nie mógł wyrzucić z głowy ostatniego wspomnienia. Gdy babcia wylądowała w szpitalu, w ogóle nie przypominała samej siebie. Blada i wystraszona, paplała coś bez sensu o artefakcie. Nie kontaktowała już z rzeczywistością, kiedy wcisnęła mu w ręce puzderko i ostrzegła, by nigdy go nie użył. Powtarzała dziecięce rymowanki, na przemian z ostrzeżeniami, by dla własnego dobra, nie skorzystał z mocy lusterka.

Andrzej popatrzył we własną, zmęczoną twarz, pozbawioną wszelkich nadziei. Rozejrzał się, czy nikogo nie ma w pobliżu, po czym zaintonował zapamiętane słowa:

- Lustereczko, powiedz przecie: co przyszłość ma przyniesie?

Z początku spoglądał na zażenowanego policjanta, czekając, aż wewnętrzny krytyk ulży sobie na nim za desperację i naiwność. Jednak oczekiwany głos pogardy zakrztusił się, kiedy powierzchnia lusterka zafalowała. Andrzej nic nie rozumiał z przewijających się obrazów miejsc i ludzi. Tylko jedna osoba, młoda kobieta, wydała mu się znajoma. Wreszcie powierzchnia się uspokoiła, ale mężczyzna wciąż gapił się na przedmiot. Z odrętwienia wyrwał go znajomy głos.

- Zbieraj się, chłopie.

Andrzej podniósł głowę i spojrzał na Marka.

- Co się dzieje?

- Nic, koniec zmiany, śpiąca królewno.

Mężczyzna odprowadził kolegę ogłupiałym spojrzeniem. Porzucił próbę rozgryzienia wizji i zabrał swoje graty.


Weronika wbiegła po schodkach, ignorując ujadającego psa sąsiadów i niewyraźne twarze jego właścicieli, zerkających przez okno z bezczelną ciekawością. Wyszarpała z kieszeni płaszcza naręcze dźwięczących kluczy, poszukując najważniejszego w bladym świetle ulicznej lampy. Wyobrażała sobie setki scenariuszów, z których jeden zmusił sąsiadów do skontaktowania się z nią o tak późnej porze. Cisza dobiegająca z wnętrza niepokoiła, ale dopiero gdy drzwi okazały się otwarte, wpadła w panikę. Wbiegła do środka, rozpalając po drodze każdą lampę. Szybko jednak musiała zwolnić, kiedy usłyszała pierwsze chrzęsty pod stopami. Kawałek szkła w korytarzu skierował ją do salonu. Gdy żarówka rozświetliła wnętrze, Weronika wstrzymała oddech.

Zdawało się, że przez pokój przeszło tornado, nie szczędząc niczego. Prawie wszystkie stare i masywne meble były poprzesuwane i rozbebeszone, zasłony naciągnięte, a potłuczone naczynia i talerze wolała na razie ignorować, gdyż ich tragiczny koniec mógłby przyprawić ją o palpitacje. Gdy zobaczyła otwarty barek, podbiegła, krzywiąc usta za każdym razem, gdy usłyszała rozdzierający dźwięk dobijanej przez nią samą zastawy. Przyjrzała się poprzewracanym filiżankom, przypominających poległą straż przyboczną generała Czajnika, który jako jedyny ustał na swoim miejscu, dumnie wypinając szyjkę. Widok nienaruszonego słoiczka, stojącego niepozornie w rogu, przyniósł pewne ukojenie, lecz kolejna przerażająca myśl zaświtała w głowie.

Wypadła na korytarz, niemal zderzywszy się z przeciwległą ścianą. Przylgnęła do drzwi, prowadzących do piwnicy i szarpnęła za klamkę. Nie ustąpiły, chociaż poczuła niebezpieczny luz, którego wcześniej nie było. Wsunęła drżącymi rękami kolejny klucz i przekręciła.

Stąpała ostrożnie po wąskich i stromych schodach, rozglądając się po cieniach, które ostały się w królestwie jedynej lampy, zwisającej na środku pomieszczenia. Wskazywała wprost na masywne, proste krzesło z metalowym wzmocnieniem, przykręcone do betonowej posadzki. Na nim spoczywały zwłoki zmasakrowanego mężczyzny przywiązanego do podpórek i oparcia. Weronika usiadła na drugim stopniu i skryła twarz w dłoniach. Długie, czarne włosy zafalowały od spazmów. Ręce tłumiły dźwięki, ale kiedy w końcu je opuściła, po piwnicy poniósł się cichy szloch.

Przestępca włamał się do jej domu, dostając szansę sprawdzenia każdego zakamarka. Mógł zajrzeć do piwnicy i odkryć zwłoki, zawiadomić władze i zniszczyć jej życie, kończąc tym samym misję. Tak się jednak nie stało. Roześmiała się niemal histerycznie. Wreszcie podniosła się z klęczek niezwykle zmęczona, ledwo stojąc na nogach. Noc się jeszcze nie skończyła, a musiała przemyśleć następny krok.


Andrzej zaparkował radiowóz przed domem, a gdy wysiadł, rozejrzał się uważnie. Dzielnica domków jednorodzinnych nie wyróżniała się niczym specjalnym. Każdy budował po swojemu, więc ulica pokazywała przekrój przez kilka dekad stylów i zwykle kiczowatych gustów. Każdy dom był jak odrębne państewko, otoczone wysokim płotem lub popularnymi tujami, a najlepiej jednym i drugim. Domy wymalowano w barwy narodowe zmysłu estetyki właścicieli, a ozdoby mogły służyć za eksponaty, pokazujące zwykle nudną historię narodu dwa plus dwa.

Dom, do którego zostali wezwani, wpisywał się w schemat. Beżowe kolory nadawały budynkowi charakteru neutralności jak Szwajcaria, ale po poważnym kryzysie gospodarczym. Pierwsze, co się rzuciło w oczy, to uszkodzenia tu i tam: w kilku miejscach odprysł tynk, krzywy płot wymagał pomalowania, kostka brukowa, prowadząca od bramy do wejścia wybrzuszyła się i popękała. Trawnik był zarośnięty, tylko przydomowe grządki z kwiatami i ziołami dawały nadzieję, że ktoś tutaj mieszka. Kiedyś zapewne dom wyglądał pięknie, ale zabrakło gospodarza, by zadbał o konserwację.

Podszedł do drzwi i zadzwonił, odchrząkując i poprawiając mundur. Usłyszał szuranie po drugiej stronie i nabrał powietrza. Kiedy drzwi się otworzyły, zamierzał odbębnić standardowe przywitanie, ale zamiast tego znieruchomiał z otwartymi ustami. Przed nim stała zjawiskowa piękność, a zarazem postać, którą dzień wcześniej zobaczył w lusterku. Chmura czarnych loków niesfornie wzburzała się przy każdym ruchu głowy, a kilka z nich najwyraźniej postawiło sobie za zadanie uprzykrzenie życia właścicielce. Opadały bez przerwy na uroczą twarz, wywołując tłumioną frustrację właścicielki. Na widok Andrzeja z początku wyglądała na wystraszoną, ale szybko się uśmiechnęła, odsłaniając małe, równe ząbki. Głębokie, brązowe oczy wyglądały jak paciorki na tle bladej skóry, w kilku miejscach poprzecinanych delikatnymi bliznami, tylko mocniej podkreślającymi urodę kobiety. Gdy uśmiech zbladł, zmieniając się w wyraz zakłopotania, a Marek odchrząknął znacząco, Andrzej przypomniał sobie, że istnieje.

- Młodszy aspirant Andrzej Cybulski i Marek Wiśniewski. Czy to dom pani Weroniki Tarczyńskiej?

- Tak to ja, proszę wejść.

Wsunął się ostrożnie do środka, lekko speszony widokiem kobiety. Dyskretnie zaciągnął się odurzającym zapachem jej perfum.

- Może mi pani opowiedzieć, co się stało?

- Gdzieś koło północy dostałam telefon od sąsiadów, że słyszą jakiś hałas w moim domu. Ja byłam jeszcze w pracy. Gdy przybyłam, drzwi były otwarte, a salon zdemolowany. - Pod koniec głos kobiety się załamał. Schowała twarz w dłoniach.

- Idź, porozmawiaj z sąsiadami. - Andrzej zrobił surową minę, gdy zobaczył, że Marek chce się sprzeciwić. Udało mu się zdławić opór kolegi i został sam z Weroniką.

- Dlaczego nie zadzwoniła pani od razu po policję? - mówił spokojnym głosem, ale zachował czujność.

- Wpadłam w panikę, nie mogłam zebrać myśli. Zadzwoniłam dopiero, jak oprzytomniałam.

- A gdzie jest mąż? – Andrzej zauważył obrączkę na palcu.

- Mąż? - Wydawała się przez chwilę zaskoczona. - Jestem wdową, mąż zmarł pięć lat temu.

- Moje kondolencje – wydukał formułkę, bojąc się, że inna odpowiedź będzie uznana za zbytnie spoufalanie. - Czy mogę obejrzeć dom?

- Oczywiście. Zrobić panu coś do picia: herbatę, kawę?

- Może być herbata.

Gdy kobieta zniknęła w kuchni, wszedł do salonu, dostrzegając kawałki porcelany już
w korytarzu. Na widok stanu, w jakim znajdował się pokój, zagwizdał głośno. Rozglądał się, notując i szkicując co jakiś czas. Gdy skończył oględziny, poszedł sprawdzić inne pokoje. Nie zajęło mu to dużo czasu, gdyż włamywacz największych zniszczeń dokonał w salonie. Przystanął tylko przy wąskich drzwiach na korytarzu, które w przeciwieństwie do innych, nie ustąpiły.

- Proszę, herbata.

Andrzej wzdrygnął się, nie słysząc zbliżającej się kobiety. Uśmiechnął się z wdzięcznością i odebrał parujący kubek.

- Co jest po drugiej stronie?

- Piwnica czy raczej straszna graciarnia. Mąż trzymał tam swoje szpargały, a po jego śmierci dorzuciłam coś jeszcze od siebie i nie mam jakoś czasu posprzątać. Przynajmniej tam włamywacz się nie dostał. - Uśmiechnęła się smutno.

- Rozumiem. Możemy gdzieś usiąść?

Wskazała mu kuchnię. Gdy usiedli naprzeciwko siebie, rozejrzał się. Brakowało śladów gotowania, jakby właścicielka rzadko korzystał z kuchni. Śmierdziało lekką stęchlizną.

- Czy coś zginęło?

- Biżuteria, telewizor i dekoder.

- Na ile wycenia pani skradzione przedmioty?

- Może kilkaset złotych, góra tysiąc. To nawet nie jest tak istotne, bo telewizor był stary,
a drogiej biżuterii nie noszę. Najbardziej żal mi mebli i zastawy. Były stare, warte całkiem sporą sumę. - Weronika spuściła głowę.

- Ma pani wrogów?

- Nie wydaje mi się - odpowiedziała zaskoczona.

- Pytam, bo ktokolwiek to zrobił, dokonał poważnych uszkodzeń, co nie jest raczej typowym zachowaniem dla włamywaczy. Chociaż biorąc pod uwagę, że w innych pokojach nie widać wiele śladów ingerencji, przypuszczam, że zdenerwował go mały łup. Dobrze, proszę tu podpisać.

Weronika odebrała papiery oraz długopis i zagłębiła się w lekturze. Andrzej przyjrzał się uważniej kobiecie, pozwalając wyobraźni działać. Odkąd ją zobaczył, popadł w dziwny stan odrętwienia, utrudniający koncentrację. Zastanawiał się, czy aby na pewno wizje z lusterka nie były wyłącznie zwidem. Kiedy Weronika załkała, miał ochotę przytulić ją do piersi. Zamiast tego zapytał, zachowując profesjonalizm:

- Czy coś się stało?

- Przepraszam, ja tylko… Jestem sama, boję się. No i te meble, przecież nie dam rady ich przesunąć na miejsce.

- Mogę ci pomóc? To znaczy, mogę pani pomóc.

Chciał się zapaść pod ziemię, kiedy spojrzała zaciekawiona na niego. Modlił się, żeby rumieniec nie wykwitł na twarzy, gdy uśmiechnęła się delikatnie.

- Nie chcę pana trudzić. Poproszę sąsiadów.

- Żaden kłopot, naprawdę. W ogóle to jestem Andrzej. - Wyciągnął rękę, tłamsząc zdrowy rozsądek, który krzyczał z całych sił, by nie przekraczał pewnych granic.

- Weronika. - Obdarzyła go promiennym uśmiechem, potrząsając delikatnie ręką.

- To co? Mam przyjechać dzisiaj?

- Nie! - Wyrwało się z piersi kobiety. – To znaczy mam nawał pracy, ale jutro jak najbardziej - dodała już spokojniej.

- W porządku, jesteśmy umówieni. - Skinął głową i schował notes.


Słońce wisiało już wysoko, kiedy Weronika wyszła z domu. Poprawiła przetartą bluzę
i okrążyła budynek. W przeciwieństwie do frontu ten kawałek działki gęsto otaczały drzewa, skutecznie zasłaniające widok nawet z górnych pięter sąsiadów. Popatrzyła na ogródek warzywny i z werwą wzięła się do roboty.

Uwielbiała to robić. Przerzucanie ziemi, wyrywanie chwastów i sadzenie nasion wprawiało ją w przyjemny stan odprężenia. Zawsze pozwalała myślom płynąć swobodnie, by te na końcu zakotwiczyły o jeden temat. Dzisiaj dość szybko przyczepiły się policjanta. Najpierw odtwarzała jego wygląd, głos i zapach. Wprawiała go w ruch na podstawie krótkich obserwacji, gdy krążył po domu. Nie chciała przyznać przed sobą, że poruszył w niej struny, o których istnieniu już zdążyła zapomnieć. Kiedy ostatni raz tak się czuła? Gdy poznała Rafała…

Ruchy Weroniki stały się gwałtowniejsze, gdy szarpała się z głęboko zakorzenionymi chwastami. Magiczne połączenie z Andrzejem zostało przerwane, a umysł wypełniły wspomnienia męża. Mięśnie napięły się pomne chwil, kiedy mężczyzna wyładowywał na niej frustrację. Zaciskała szczękę wraz z pierwszymi wspomnieniami ciosów. Usztywniała pośladki od zapamiętanych razów pijaka. Ciarki przeszywały ciało podczas wyliczania miejsc, które swojego czasu nabrały śliwkowej barwy.

Odrzuciła narzędzia i się naprężyła. Kręciła głową, powstrzymując łzy. Nie mogła płakać, nie nad potworem, który ją sponiewierał podczas krótkiego małżeństwa. Jak mogła być tak naiwna? Dlaczego nie dostrzegła jego prawdziwej natury? Do tego pozwoliła sobie na chwilę słabości wobec Andrzeja.

Chwyciła za grabki i z wściekłością młóciła ziemię. Grudki ziemi wraz z resztkami chwastów przesuwały się gwałtownie po grządce, nie rozumiejąc, czym zasłużyły sobie na bezwzględne traktowanie. Weronika w końcu odpuściła, gdy ból zaciśniętej szczęki stał się nie do zniesienia. Musiała się wyżyć. Chociaż minęło już tyle czasu, wciąż nie mogła wybaczyć Rafałowi, mimo że sama go wykończyła. Powinna pozostać skupiona na misji, ale pojawienie się Andrzeja wszystko popsuło. Był przystojny, uprzejmy, jednocześnie wyczuwała w nim pewną tajemnicę…

„Uspokój się, Weroniko!”

Odrzuciła narzędzia i zacisnęła pięści. Ostatnie promienie słońca ogrzały spocone ciało.


Samochód zatrzymał się przed krawężnikiem. Z wnętrza wytoczył się Andrzej, zalewając brzeg rzeki mrokiem, gdy zgasił silnik. Miał na sobie pognieciony, szary dres. Spocząwszy na ławeczce, wpatrywał się w onyksową otchłań rzeki, pokolorowanej miejskimi latarniami przybrzeżnego deptaka i nieśpiącego miasta. Wyciągnął papierosa i zapalił go.

Zaciskał i rozluźniał pięść zły na siebie, że po dwóch latach abstynencji znów zaciągał się śmierdzącym kawałkiem bibułki. Był taki dumny, gdy wyrzucił prawie pełną paczkę papierosów i nie ugiął się nawet raz od tamtego czasu. Teraz targany wyrzutami krztusił się od niemalże zapomnianego smaku smoły i popielniczki. Gdy dobrnął do połowy, z obrzydzeniem zgasił żar, załamany, że papieros nie zadziałał na niego jak kiedyś. Chyba jednak się wyleczył z nałogu.

Sięgnął do kieszeni i wyciągnął pamiątkę po babci. Przypomniał sobie wydarzenie na posterunku i te późniejsze. Zobaczył Weronikę w powierzchni, ale nie w taki sposób, jak dzisiaj. Tam była wściekła i czymś wymachiwała, niestety wizje ograniczały się wyłącznie do obrazu, więc nie wiedział, co krzyczała. Nie wiedział też, gdzie to wszystko się wydarzyło. Dlaczego ją zobaczył? Co Weronika miała wspólnego z jego przyszłością?

Wplótł palce w krótkie włosy, mierzwiąc je z frustracją. Na razie moc lusterka w żaden sposób nie pomogła, tylko nasunęła więcej pytań. Andrzej chciał wiedzieć, co zrobić, by odmienić swój los, ale pojawienie się Weroniki raczej nie wiązało się z rozwinięciem kariery, na której mu tak zależało.

Podumał chwilę, po czym otwarł puzderko i przemówił:

- Lustereczko, powiedz przecie: co przyszłość Weroniki niesie?

Nie przymrużył oczu, mimo palety barw tańczących w gładkiej powierzchni. Patrzył z ciekawością na zmieniające się obrazki. Nagle pojawiła się twarz jakiegoś mężczyzny, dziwnie znajoma, ale dumanie nad tym faktem przerwał widok kobiety. Zagryzał usta, kręcił głową, nie chcąc patrzeć, ale zdradziecka ciekawość nie pozwalała zignorować nieznośnego widoku. Kiedy powierzchnia lustra się uspokoiła, Andrzeja ogarnęło opanowanie godne skazańca, słyszącego wyrok. W pewien sposób czuł się wyłączony z odpowiedzialności, przecież nic nie mógł zrobić. Lusterko spełniło jego prośbę, pokazując sposób na przerwanie złej passy. Nie czuł się wcale usatysfakcjonowany.

Miał wstać i wsiąść do samochodu, gdy usłyszał śmiech. Obrócił się i zobaczył parę zakochanych, jak szła spleciona ze sobą wzdłuż rzeki. Pojawiło się więcej ludzi wpatrzonych w siebie, żyjących w cudownych bańkach, wypełnionych zauroczeniem i pożądaniem. Jakiś ścisk w gardle utrudnił oddychanie, a niespodziewany powiew załzawił oczy.

Mężczyzna spojrzał na srebrny przedmiot, błyszczący jak tarcza księżyca i miał ochotę utopić go w jego rzecznym odbiciu. Zamiast tego, schował lusterko do kieszeni i przygarbiony wsiadł do samochodu.


Patrzyła na salon, z każdą sekundą utwierdzając się w przekonaniu, że dobrze zrobiła, przyjmując pomoc Andrzeja. Mogła uprzątnąć potłuczone naczynia, poprzewracane obrazy i wazony, nawet zawiesić zasłony, ale wiekowe, dębowe meble były ponad jej siły. Kiedy rozważała, od czego zacząć, rozległ się dźwięk dzwonka. Zaintrygowana podeszła do wyjścia, a kiedy zobaczyła przez judasza znajomego policjanta, radość i obawy walczyły o prym.

- Dzień dobry. - Przywitała się z wahaniem, nie wiedząc, w jakim nastroju jest gość.

- Cześć. - Zrobił pauzę, przyglądając się jej z pewnymi wątpliwościami.

- Wejdź, proszę.

Chociaż słabo go znała, sprawiał wrażenie, jakby toczył wewnętrzną walkę. Z jednej strony chciał pokazać się jako zdecydowany i pewny siebie facet, ale zdradzał wątpliwości nerwowymi ruchami i rozbieganym wzrokiem. Nie wiedziała, czy ma się niepokoić, czy roześmiać.

Schlebiał jej swoją ofiarnością. Od śmierci męża było kilku, którzy próbowali szczęścia, ale wszystkie zapędy skutecznie torpedowała. Chociaż karciła się w myślach, nie mogła oderwać wzroku od wysportowanej sylwetki i mocno zarysowanej twarzy, jakby wyciosanej z kamienia. Wyglądał tak inaczej od Rafała…

Nie mogła zapominać o misji, najważniejszym celu w życiu. Żałowała, że nie potrafi usunąć wspomnień - chciałaby je wszystkie wyrzucić z głowy, podzielić się nimi z kimkolwiek.

- Wezmę się do roboty. - Nie czekając na odpowiedź, rozpiął kurtkę i wszedł do salonu.

Poszła nastawić czajnik do kuchni, a kiedy wróciła, stanęła na progu salonu, obserwowała z ciekawością, jak Andrzej przesuwa ciężkie meble, sapiąc przy tym głośno. Z trudem ukrywała rozbawienie, widząc dziwne miny podczas wysiłku. Mimo hałasu, jaki robił swoją pomocą, zapadła przyjemna monotonia. Wszystkie troski gdzieś odpłynęły, zabierając natarczywe myśli o powołaniu. Przez tę krótką chwilę była znów może nie szczęśliwa, ale przynajmniej zadowolona, obserwując mężczyznę.

- Co ty na to?

- Co proszę? - Uświadomiła sobie, że Andrzej o coś zapytał. Rzeczywistość wróciła na swoje tory.

- Czy umówisz się ze mną? - Podszedł bliżej. Zbyt blisko.

- Jestem wdzięczna za pomoc. Jesteś wspaniały, ale uważam, że to nie jest dobry pomysł.

- Dlaczego? - Uniósł głos, wywołując u Weroniki zimne dreszcze.

- Ja… ja nie jestem jeszcze gotowa na żaden związek.

- Przecież ci się nie oświadczam, tylko zapraszam na randkę.

- Nie, wybacz…

- Nie wyjdę stąd, dopóki się nie zgodzisz.

Spojrzała na niego ze strachem, kiedy demony przeszłości zaśmiały się złowieszczo. Rafał też taki był, jak coś sobie wymyślił, nie odpuszczał. Jednak Andrzej przecież wydawał się inny…

- Zadzwonię na policję. - Ugryzła się w język, uświadamiając sobie, z kim rozmawia.

- Przepraszam, źle to wyszło. Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale jesteś mi winna przynajmniej jedną kolację. W końcu pomogłem ci.

Uśmiechnął się, zapewne w swoim mniemaniu przyjacielsko, ale Weronika panicznie szukała rozwiązania tragicznej sytuacji. Czy nie widział, że się boi? A może właśnie dlatego naciskał, by delektować się jej słabością i przerażeniem? By spijać jej wątpliwości i zagubienie, utwierdzając własne ego?

„Chcesz ze mną zjeść kolację? Dobrze, ale jeszcze tego pożałujesz”.

- W porządku. Przygotuję coś. Przyjedź jutro o szóstej, ok?

- Jasne. - Obserwowała jego radość, swoją ukrywając.

- Tylko mam prośbę, nie mów o tym nikomu. Nie chcę, żebyś sobie robił jakąś nadzieję.

- E tam, ale w porządku. – Podrapał się po głowie lekko zmieszany.

Prawie wybiegł z domu cały w skowronkach. Weronika patrzyła za odjeżdżającym samochodem w przygnębieniu. Miała nadzieję, że chociaż Andrzej okaże się inny. Wróciła do salonu, by upewnić się, że buteleczka jest na swoim miejscu. Pozostało jeszcze tylko przygotować piwnicę.


Zmieniające się obrazy w wyciszonym telewizorze rzucały błękitną łunę na niski stolik zawalony gazetami. Za oknem panował mrok, zlewający się z ciemnością mieszkania wyglądającego na opuszczone. Andrzej bawił się włosami i siedział niemalże nieruchomo, wlewając w siebie whisky.

Przypomniał sobie wizje i widok mężczyzny, który wydał mu się podejrzanie znajomy. Grzebał po dokumentach, ale dopiero rozmowa z Markiem przyniosła oświecenie. Z opisu kolegi wywnioskował, że chodziło o wezwanie do awantury domowej sprzed kilku miesięcy. Mężczyzna miał się znęcać nad żoną. Skończyło się wyłącznie na spisaniu danych, gdyż kobieta zapierała się, że uległa głupiemu wypadkowi. Dali ostrzeżenie i odjechali.

Zdeterminowany przegrzebał kartoteki i wkrótce obraz zaczął nabierać kształtów. Ostatnio zgłoszono zaginięcie kilku mężczyzn – wszyscy byli co najmniej podejrzani o przemoc wobec bliskich. Sprawdził Weronikę i odkrył, że pracuje w szpitalu jako pielęgniarka. Miała więc bazę potencjalnych ofiar. To był przełom, na który czekał; pierwszy krok, by wspiąć się przynajmniej jeden szczebel wyżej w policyjnej hierarchii. Jednak nie podzielił się odkryciem z przełożonymi. Wiedział, kto zabija, kogo wybiera na ofiary, mógł nawet przewidzieć, kiedy zostanie zabita następna osoba.

Myślał długo, wspierając się tanią whisky niczym w kiczowatych, amerykańskich kryminałach. Chociaż mu nie smakowała, wydawała się odpowiednia do chwili. Przede wszystkim jednak dodała mu odwagi, by podjąć decyzję - przyłapie Weronikę na gorącym uczynku. Posiadał wszystkie potrzebne informacje, musiał tylko wymyślić, jak nie dać się uśpić. Oświecenie nie przychodziło, postanowił więc zapytać artefakt odziedziczony po babci.

Sięgnął po lusterko, leżące pomiędzy gazetami niczym kompas. Zerknął w zamroczoną alkoholem twarz. Przez krótką chwilę nie widział siebie, tylko faceta co najmniej dziesięć lat starszego, który przeżył zbyt wiele, by wciąż umieć się uśmiechać. Upił haustem resztki alkoholu i zaintonował:

- Lustereczko, sędzio sprawiedliwy: ukaż Weroniki plan niegodziwy.

Zesztywniał na widok obrazów, przesuwających się po zniekształconej powierzchni. Zaczął się kiwać nerwowo, oglądając kolejne sceny, niechybnie prowadzące do wielkiego finału. Kiedy lusterko znieruchomiało, wstał gwałtownie. Chodził po pokoju, nie mogąc zebrać myśli. Wreszcie przywarł do ściany i walił pięścią, nie zważając na rosnący ból. Nie potrafił zrozumieć, co się z nim stało. Wszystko wydawało się oczywiste, plan dobry, sukces niemal gwarantowany, a on nie czuł nawet grama satysfakcji.

W końcu się uspokoił i bezsilny poszedł spać.


Jak natchniona uwijała się w kuchni, przygotowując posiłek i przystrajając stół w salonie. Nie zdecydowała się na nic wymyślnego, ot pieczony kurczak z opiekanymi ziemniaczkami i surówką z marchewki i ananasa - typowe, barowe danie. Pokój prawie wyglądał na ogarnięty, Weronice przeszkadzał fakt, że niektóre meble były przesunięte względem oryginalnego położenia. No i oczywiście pułki były pustawe, gdyż mnóstwo rzeczy zniszczył włamywacz. Na szczęście porcelanowe filiżanki przetrwały. Masywny stolik na środku przyozdobiła białym obrusem i szklanym wazonem z pojedynczą różą. Powinna być lilia lub chryzantema, biorąc pod uwagę, jak skończy się ten wieczór, ale nie chciała zdradzić swych zamiarów nawet najmniejszym szczegółem.

Denerwowała się. Miała w planie zupełnie kogoś innego, ale Andrzej był nachalny, a zawód policjanta zapalał ostrzegawczą lampę w głowie. Dalsze rozważania przerwał dzwonek, który wystraszył ją nie na żarty. Złapała się za serce, uspokajając oddech. Wciągnęła powietrze i wypuściła ze świstem, przybierając maskę uprzejmości i zainteresowania.

Prawie się do niego nie odzywała, tylko szczerzyła zęby, odpowiadając na jego uśmiech. Widziała jego podekscytowanie i prawie zrobiło jej się go żal. Kto wie, może nie był taki zły.

„Nie zapominaj o misji. Nie zapominaj o Rafale”.

- Rozgość się, ja muszę zajrzeć do kurczaka.

Odprowadziła go wzrokiem, po czym zniknęła w kuchni. Chociaż kurczak jeszcze nie doszedł, wyłączyła piekarnik, a przygotowane do pieczenia ziemniaki na blasze minęła obojętnie. Kiedy weszła do salonu, Andrzej stał przed barkiem. Zmarszczyła czoło, ale nie zauważyła, żeby robił coś oprócz zwykłej obserwacji.

- Napijesz się herbaty?

- Chętnie. - Odwrócił gwałtownie głowę i się uśmiechnął. - Widzę, że część zastawy ocalała.

Kiedy usiadł przy stole, dyskretnie odsypała szczerą ilość środka usypiającego i całość zalała zaparzoną herbatą. Wpatrywała się nieustannie w filiżankę mężczyzny, gdzie biały proszek kończył się rozpuszczać. Zamarła z uśmiechem na twarzy, gdy patrzył to na nią, to na parujący napar. W końcu upił kilka łyczków.

- Gorąca… Cieszę się, że zgodziłaś się na spotkanie. Wiem, że nie zachowałem się w porządku. Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła.

- Nie jestem. Przyznaję, że to był dobry pomysł. Dawno już nie spotkałam się z… z kimkolwiek.

Roześmiała się, próbując ukryć zażenowanie. Ostatnie miesiące nie obfitowały w zbyt wiele spotkań towarzyskich, a większość z nich kończyła się śmiercią drugiej strony. Dlatego z uporem maniaka nakładała obraz męża na przystojną i zagubioną twarz policjanta. Może gdyby poznała go, zanim związała się z Rafałem… Skarciła się za infantylne gdybanie.

- Wszystko w porządku?

- Tak, tylko zastanawiam się czy obniżyłam temperaturę kurczaka. Jak herbata?

- Wyśmienita. - Na dowód napił się jeszcze raz.

Teraz i tak było za późno, nawet jeśli zmieniłaby zdanie, za chwilę Andrzej straci przytomność, a wątpiła, czy dałaby radę wcisnąć jakąś niewinną bajkę o przyczynie omdlenia. To był policjant, od razu zacząłby węszyć jak pies myśliwski.

„Mógłby w końcu przestać się uśmiechać”.

Zignorowała krępującą ciszę, jaka zalęgła w pokoju. W końcu dostrzegła pierwsze sygnały. Andrzej jeszcze nieświadomy swojego stanu zaczął lekko się kiwać, jakby wypił za dużo alkoholu. Powieki zrobiły się ciężkie, postawa przygarbiona. Nawet nie mrugnęła, kiedy bezwolna głowa opadła na ramię. Dopiła swoją herbatę i wzięła się do roboty.


To była rola jego życia. Chociaż nigdy nie marzył o karierze filmowej, a sytuacja raczej nie skłaniała ku samouwielbieniu, nie potrafił odegnać myśli, że wyprowadził morderczynię w pole. Weronika…

Cień satysfakcji zniknął zasłonięty wyrzutami sumienia. Zerkał kątem oka na zdyszaną kobietę, grzebiącą w starym kufrze. Kilka razy był bliski wydania swojego podstępu. Kobieta zaskoczyła go krzepą, targając aż na dół do piwnicy, ale nie przejmowała się delikatnością. Ciało piekło w wielu miejscach, szczególnie po przygodzie ze stromymi schodami.

W powietrzu unosił się smród grzyba i słodkawa woń zgnilizny. Andrzej był prawie pewien, że to tutaj dochodziło do zbrodni. Tylko on był w stanie je zakończyć i stać się bohaterem. Dlaczego więc nie był zadowolony?

Obserwował figurę Weroniki godną renesansowych pomników. Była taka piękna, taka samotna - rozpalała jego zmysły za każdym razem, gdy o niej pomyślał. Nie mógł spać w nocy, odgrywając w myślach przeróżne scenki, kończące się przeważnie tak samo - wybuchem uczuć zwiastujących szczęśliwy związek. Tylko lusterko przeczyło tym wizjom!

Brzęk upadającego na posadzkę noża przywrócił go do rzeczywistości. Dłużej nie mógł czekać, więc wstał, zachowując maksimum ciszy i podszedł do Weroniki. W momencie, gdy chciała wstać, pochwycił jej rękę, wykręcił i z trudem znosząc krzyk przerażenia, przewrócił na ziemię, krępując kobietę sznurkiem przeznaczonym dla niego. Nie powiedział ani słowa, kiedy krzyczała, wyzywała i prosiła o pomoc. Próbował być delikatny, ale mu tego nie ułatwiała. Dopiero gdy spoczęła na miejscu, które jeszcze przed chwilą sam zajmował, uspokoiła się.

Spojrzała na Andrzeja, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Na chwilę urok delikatnej, samotnej kobiety gdzieś się ulotnił, zastąpiony wzrokiem zdziczałego zwierzęcia. Andrzej cierpiał, nie mogąc znieść tego widoku i własnego, roztrojonego sumienia.

- Jak? - Pytanie było nader przytomne.

- Nie podałaś mi środków usypiających. Podmieniłem zawartość, kiedy byłaś w kuchni.

- Skąd wiedziałeś, co zamierzam zrobić?!

Pierwszy raz widział ją zagniewaną, co odbierało jej trochę uroku. Ale tylko trochę.

- Uspokój się.

Prychnęła i spuściła głowę. Kręciła nią chwilę, by po chwili się rozpłakać. Szlochała głośno, a Andrzeja aż rwało, by podbiec, rozwiązać ją i pocieszyć, gorąco przepraszając za krzywdę. Zagryzł zęby, łapiąc się na tym, że emocje przejmują nad nim kontrolę.

- Zostawiłam jakiś ślad? - zapytała cicho, prawie szeptem.

- Nie. Prawda jest taka, że nikt nawet nie podejrzewa, dlaczego kilku zwyrodnialców zniknęło.

- Nikt oprócz ciebie. Czym się zdradziłam?

- Niczym. - Patrzył w pytające spojrzenie, walcząc z poczuciem obowiązku. - Mam pewien przedmiot, który mi ciebie wskazał.

- Co?

- Lusterko mojej babci. Posiada niezwykłą zdolność pokazywania przyszłości. No, przynajmniej jakiś jej fragmentów.

Zaśmiała się cicho, kręcąc głową z niedowierzaniem. Spojrzała na niego zaczerwienionymi oczami.

- Nie chcesz mówić, to nie mów, ale nie rób ze mnie idiotki.

- Rozumiem twój sceptycyzm. Pozwól, że udowodnię… - Otwarł przedmiot i zaintonował głośno. - Lustereczko, powiedz przecie: co przyszłość ma przyniesie?

Popatrzył z satysfakcją na Weronikę, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że nic się nie dzieje. Zerknął w dół, ale zobaczył tylko własne skonsternowane oblicze. Uderzył w bok, jakby trzymał przed sobą komórkę albo suszarkę, która odmówiła współpracy.

- Przestań się ośmieszać - syknęła, doprowadzając Andrzeja do furii.

- Skończ wreszcie! Lepiej powiedz, dlaczego zabijałaś? - Uniósł się sfrustrowany.

- Bo wszyscy zasłużyli na śmierć.

- Nie mogłaś zawiadomić policji?

- A co policja zrobiła dotychczas? - Głos Weroniki niebezpiecznie się uniósł, wypełniony nienawiścią. - Spisali tych potworów i dali ostrzeżenie. Bo oczywiście ich ofiary milczały przestraszone. Wiem, bo sama to przeżyłam. Zresztą, komu ja to tłumaczę. Sam pewnie brałeś udział w interwencjach.

- Nie wiem, co cię spotkało, mogę się tylko domyślać, ale to nie powód, żeby kogoś zabijać! Czy jesteś w ogóle świadoma konsekwencji?

- Daruj sobie wykłady. Nie byłeś nigdy w mojej sytuacji, więc nic nie rozumiesz.

Widział ból wymalowany grubą kreską na bladej, zmęczonej twarzy. Przygarbiona Weronika wręcz prosiła się o dotyk ciepła i wyrozumiałości. Coś pękło w jego sercu, następne kroki odbyły się poza wszelkim rozumowaniem. Klęknął przed nią, zmuszając, by spojrzała na niego. Poczuł hipnotyzującą woń jej perfum wymieszaną z potem i strachem. Zamknął oczy, położył dłonie na jej kolanach i się zaciągnął.

- Chcę zrozumieć. Wyjaśnij mi, dlaczego musiałaś dalej zabijać. Błagam.

Odwróciła głowę, nie chcąc patrzeć w jego twarz. Z trudem powstrzymywała łzy, które chciały wypłukać śmiertelny ciężar z jej duszy.

- To jest moja misja! Karać brutali, którzy podbudowują swą męskość cierpieniem kobiet i dzieci.

- Nie musisz tego robić - mówił spokojnie i czule. - Możesz przestać, odpuścić. Podjęłaś złą decyzję.

Uśmiechnął się, gdy zobaczył, że coś się zmieniło w Weronice.


Czy życie mogło wyglądać inaczej? Patrzyła na Andrzeja, odbierając wrażenia, których nie znała, a może po prostu zdążyła zapomnieć. Wstyd mieszał się z radością, że w końcu wyrzuciła z siebie największą tajemnicę. Pierwszy raz od momentu, gdy Rafał zaczął ją bić, poczuła się bezpiecznie.

Na pewno? Był przecież policjantem, zainscenizował wszystko, by złapać ją na gorącym uczynku. Kłamał od początku! Teraz pewnie znów z nią pogrywa dla własnej, chorej satysfakcji. Gdzieś ukrył podsłuch, by zarejestrować jej przyznanie się do winy. Znęca się nad nią, chełpiąc się emocjami rozszarpującymi jej duszę. Dość!

Miała ochotę wbić zęby w żylasty kark. Poczuła męski pot, słabą woń dezodorantu i dym papierosowy. Spojrzała na dłonie godne piekarza, umięśnione, a jednocześnie obejmujące jej kolana z niezwykłą delikatnością. Te ręce mogły zabić, ale zamiast tego wybrały troskę. Weronika chciała się w nie wtulić.

Miała już dość. Uczucia szalały, zalewając ją falami, zatapiając spokój i poczucie niezmienności świata. Przecież wszyscy faceci to świnie, bezwzględne bestie, gotowe rozszarpać kobietę na tysiące kawałeczków. Dlaczego więc tak chętnie była gotowa poddać się Andrzejowi? Dlaczego z taką łatwością chciała porzucić misję?

- Nie musisz tego robić - mówił spokojnie i czule. - Możesz przestać, odpuścić. Podjęłaś złą decyzję.

Zimny dreszcz przeszył jej ciało. Jak postępujący lodowiec zakrywający wszystko, co dobre i wartościowe. Szept diabła sprowadzający na manowce. Chce, by uwierzyła, że postępuje źle. Jego niedoczekanie!

- Przytul mnie - wyszeptała, jakby zaraz miała zemdleć.

Patrzyła w oczy wypełnione radością, spełnione dawno wyczekiwanymi słowami. Poczuła męskie ramiona, obejmujące ją niczym nowo narodzonego bobaska. Zapach Andrzeja zaatakował zmysły, rozpływała się w cieple jego ciała i delikatności dotyku. Pozwoliła mu wierzyć, że tego potrzebuje. Niech tam, zażyje chwilę przyjemności, zanim się zorientuje w jej przebiegłości. A potem Weronika zaśmieje mu się w twarz…

- Wymyślimy coś. Wiem, że oni zasługiwali na śmierć, ale nie tędy droga. Nie możesz brać na siebie roli sędziego i kata.

Anielski głos, który niósł ukojenie. Tak bardzo potrzebowała to usłyszeć. Pragnęła być zrozumianą i zaakceptowaną. Znów chciała zatopić się w męskich włosach, pogłaskać szorstkie policzki, wtulić się w barczystą sylwetkę. Gdyby mogła zamrozić czas i pozostać w splocie dwóch osamotnionych ciał przez wieczność!

Nie poczuła, kiedy rozwiązał linę. Przez moment chciała odepchnąć mężczyznę i zbiec, ale siedziała dalej. Objęła twarz Andrzeja, spijając zakochane spojrzenie. Lekko rozchylone usta wołały ją, błagały o łaskę dotyku. Pułapka gorącego serca i niewzruszonych ramion zatrzasnęła się na niej, zamykając w ciasnocie własnych uczuć.

Nagle coś się zmieniło. Ręce poruszyły się, zacieśniając chwyt, a usta wydmuchiwały gorące powietrze wprost w jej szyję. Wygięła się i jęknęła tak z zaskoczenia, jak z przyjemności. Zaplątała palce w krótką czuprynę, by na końcu szarpnąć za nią. Kiedy zobaczyła niezadowolony wyraz twarzy, pośpieszyła z wyjaśnieniem. Wpiła usta w jego na chwilę przerażona, że zapomniała, jak się całuje. Andrzej szybko jej przypomniał, a masywne dłonie wkrótce zatoczyły większe kręgi, dotykając uśpionych na wiele lat części ciała.

Pchnęła go na ziemię. Była zaskoczona, z jaką łatwością poddał się jej woli, ale skwitowała to tylko szelmowskim uśmiechem. Nie mogła pozwolić demonowi domyślić się prawdziwych zamiarów. Uklęknęła nad nim, przyciskając jego ręce do ziemi. Wiedziała, że bez problemu mógł się wyrwać, ale jeszcze przez chwilę był pod wpływem uroku. Pochyliła się i pocałowała go namiętnie. Andrzej znieruchomiał.

Gdy spojrzał na Weronikę, było już za późno. Ostrze zapomnianego noża przejechało gładko po gardle, zmieniając umięśnioną szyję w obrzydliwą miazgę ścięgien, skóry i krwi. Patrzył zszokowany, próbując pochwycić szybko uciekającą posokę. Chciał wstać, ale niewidzialne więzy trzymały go przygwożdżonego do posadzki. Weronika patrzyła z mieszaniną satysfakcji i nieodżałowanej straty. Czy Andrzej nie był mimo wszystko człowiekiem?

Przygarbiła się, wypuszczając nóż z ręki.


„Lustereczko, powiedz przecie: co przyszłość ma przyniesie?”. Durna rymowanka odbijała się w głowie razem z ostatnimi wizjami, kiedy stał przed drzwiami. Zanim otworzyła, był przekonany, że wie, co ma zrobić. Ale teraz, stojąc przed skrępowaną kobietą, która jeszcze chwilę temu chciała go zamordować, miał wątpliwości.

- Co bym nie zrobił i tak mnie zabijesz, prawda?

Nie odpowiedziała. Nie zaprzeczyła, nie kłamała, nie roześmiała się złowieszczo, po prostu z kamienną twarzą wpatrywała się w niego. To była najgorsza odpowiedź, jakiej mógł się spodziewać.

Gdyby tylko wiedział, czy da się inaczej sprecyzować pytanie do artefaktu, poznać sposób, który sprawi, że Weronika porzuci swoją drogę i zechce być z nim. Nie potrafił jednak myśleć trzeźwo. Popatrzył na kobietę, przypominającą teraz zbitego psa. Chciał ją tulić i błagać, by odwzajemniła uczucia, których bał się nawet nazwać. Lecz lusterko przemówiło, a do tej pory go nie oszukało.

Ta historia nie mogła zakończyć się inaczej tylko tragedią. Wszystko, co leżało w jego zasięgu to wybór, jaki przyjmie kształt.

- Gdy wieść się rozniesie, staniesz się krajową atrakcją. Jednak bez względu na opinię publiczną spędzisz resztę życia w więzieniu, gnębiona przez strażników i inne więźniarki. Myślisz, że byłaś samotna do tej pory? Odkryjesz całkiem nowy poziom w więzieniu, odizolowana od drugiej istoty ludzkiej. Z dnia na dzień przestaniesz być niewinną ofiarą brutalnego zwyrodnialca, ale zabójczynią mężów i ojców.

Mówił spokojnie, nie przerywając nawet gdy Weronika szlochała. Znosił przykry widok, gdyż wiedział, że nie ma lepszego sposobu.

- Idę na górę zadzwonić. Lepiej nie próbuj się uwolnić.

Odwrócił się, uprzednio upewniwszy się, że nie ma innej drogi ucieczki z piwnicy i wszedł na górę, z premedytacją ignorując nóż leżący na ziemi. Zamknął drzwi i oparł się o nie, oddychając z trudem i próbując powstrzymać łzy. Słyszał stłumione dźwięki, szuranie i głośny dźwięk, jakby coś się przewróciło, a na końcu tylko przeciągającą się ciszę.

Przypomniał sobie babcię i ich ostatnią rozmowę. Ostrzegała go przed użyciem przedmiotu, grożąc nieszczęściami, które niechybnie spadną na jego użytkownika. Gdyby tylko jej posłuchał…

Nie mógł puścić Weroniki wolno, nawet jeśliby obiecała, że przestanie. Nie zniósłby też jej widoku w telewizji, zaszczutej i przerażonej. Ta historia nie mogła skończyć się inaczej jak tragedią. Mógł jedynie wybrać, jaki przyjmie kształt.


Epilog

Weronika uśmiechała się szeroko i odpowiadała radośnie na zaczepki innych. Miała ochotę śpiewać, a przynajmniej krzyczeć z radości. Poprzedni wieczór był wspaniały… Opamiętała się, zanim weszła na salę.

- Dzień dobry, pani Cybulska, jak się pani…

Pogodna staruszka wyglądała okropnie. O ile jeszcze na początku pobytu wydawała się po prostu zmęczona, co skrzętnie próbowała ukryć pod kołderką żarcików, to teraz zbladła, oddychała nerwowo i wpatrywała się w jakiś przedmiot w rękach z nieskrywanym przerażeniem.

- To ty. To ty zabiłaś. Zabiłaś…

Rozpłakała się. Inne pacjentki popatrzyły z nieskrywanym zainteresowaniem, co też się wyprawia, ale Weronika zgasiła ich ciekawość gniewnym spojrzeniem i zasłoną, którą zaciągnęła nerwowo.

- Co się dzieje, pani Cybulska? Co panią boli?

- Posłuchaj dziecko, ja wiem. Ja wszystko wiem.

Weronika stała zaskoczona, nie rozumiejąc, co się dzieje.

- Weronisiu, posłuchaj mnie uważnie. Musisz zostawić Rafała!

- A skąd pani…

- Słuchaj! Albo nie. Popatrz.

Kobiecina podniosła się z trudem cała roztrzęsiona i przyciągnęła pielęgniarkę do siebie. Weronika była wystarczająco zmieszana, ale powstrzymała się od wyrywania i krzyków. Staruszka pokazała jej zabytkową puderniczkę. W środku jednak nie było niczego oprócz lusterka.

- Lustereczko moje ukochane: pokaż Weronice życie nieudane.

Wtedy stało się coś nieprawdopodobnego. Odbicie łapiące obie kobiety rozmyło się i ukazało Rafała oraz Weronikę. Pielęgniarka zobaczyła, jak dźga go wielokrotnie w klatkę piersiową. Ale to nie był koniec. Pojawili się następni mężczyźni, jeden bardziej podejrzany od drugiego, a wszyscy kończyli w ten sam sposób. Zamordowani z jej własnych rąk. Na końcu pojawił się jeszcze jeden, młodszy, całkiem przystojny. Ona za to siedziała skrępowana na krześle, a potem…

- Co… co to było?

- Weź to ode mnie i schowaj. A najlepiej wyrzuć! Chciałam to oddać wnukowi, ale nie mogę. Nie chcę, żeby przeżył to, to, to…

Pacjentka zamknęła oczy i opadła. Weronika sprawdziła tętno i z ulgą przyjęła wyczuwany puls pod palcami. Gapiła się na puzderko, nie wiedząc, co ma zrobić. Wreszcie pochwyciła je i wybiegła. W przejściu wpadła na mężczyznę.

- Ostrożnie! – krzyknął chłopak przed nią.

Chciała przeprosić, ale gdy zobaczyła twarz, zaniemówiła. Mężczyzna był młodszy, szczuplejszy, miał dłuższe włosy i niechlujny zarost, ale to wciąż był on. Ostatni mężczyzna z wizji.

- Wszystko w porządku? – zapytał, uśmiechając się delikatnie.

- Co? Ach tak, tak! Wszystko w porządku. Pan do kogo?

- Do babci. Cybulska Marianna?

- Wie pan co, babcia śpi. Miała przed chwilą napad.

- Czy wszystko z nią w porządku?!

- Tak, tak, tylko musi odpocząć. Niech pan przyjdzie jutro.

- Przyniosłem owoce i herbatniki. Odstawię je tylko i…

- Dobrze.

Przepuściła go i obserwowała. Z troską podszedł do nieprzytomnej kobiety i odstawił reklamówkę z darami. Przysiadł obok, objął dłoń staruszki i patrzył na słabo poruszającą się klatkę piersiową. Było coś chwytającego za serce w tym widoku. Lecz uświadomiła sobie, że bezczelnie się gapi, zwracając tym samym uwagę pozostałych, dziwnie uśmiechających się pacjentek.

Wciąż nie dochodziła do siebie po… co to w ogóle było? Wizje? Dlaczego zabiła w nich swojego chłopaka Rafała i innych mężczyzn? Dlaczego na końcu wnuk pani Cybulskiej stał nad nią skrępowaną, okropnie przejęty? Pytania się piętrzyły, wciąż czuła dreszcze na całym ciele. Popatrzyła ostatni raz na chłopaka i schowała puderniczkę do kieszeni. Musiała sobie wszystko poukładać w głowie. Może użyje lusterka, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi…

1,808
8.8/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.8/10 (5 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (1)

O.P.Baśniewicz · 16 września 2019
0
0

Dziewiętnaście stron dwunastką Verdany grin

+ Postacie główne są, są dwie i dobrze opisane ich perspektywy. Archetyp rycerza detektywa i białej anielicy śmierci.
+ Emocje. Podkreślony konflikt wewnętrzny bohaterów oraz różnica w ich celach.
+ Element niezwykłości, który buduje zainteresowanie.
+ Zgodnie z obietnicą, są zwłoki.
+ Wszystko jest ze sobą spójne.
+ Zabawa z przeplataniem kolejności wydarzeń.
+ Brak fałszywych tropów, dzięki temu opowiadanie jest przejrzyste.
+ Pytania, które zostają bez odpowiedzi w głowie czytającego, gdy opowiadanie się kończy.

Kawał dobrej roboty! Solidnej.



Korekta:
myślniki zamiast pauz
brak wcięć w tekście.


Rozcięte w środku akapity przez niechciany Eneter:
"Gdy kobieta zniknęła w kuchni, wszedł do salonu [...]"
"Słońce wisiało już wysoko, kiedy Weronika [...]"
"- Może kilkaset złotych, góra tysiąc. [...]"


"Andrzej wzdrygnął się, nie słysząc zbliżającej się kobiety. Uśmiechnął się z wdzięcznością i odebrał parujący kubek.
- Co jest po drugiej stronie?"
Skoro opis jest wstępem do wypowiedzi postaci, to chyba, zamiast kropki powinien znaleźć się dwukropek.


"[...] jakby właścicielka rzadko korzystał z kuchni. [...]"
Właścicielka to kobieta, więc raczej nie korzystał, a korzystała. Jak już korzystał, to właściciel, który może być kobietą, więc ostatecznie musi być "korzystała".


Redakcja:
Wydaje mi się, że akapit "Przestępca włamał się do jej domu [...]" można wywalić z opowiadania. Nie dlatego, że jest zły, tylko za dużo zdradza na wczesnym etapie opowiadania. Nie wygląda też na niezbędny. Jednak opowiadanie jest Autora, nie moje, więc tu, to tylko sugestia i pytanie, czy opowiadanie poradziłoby sobie bez tego akapitu?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.